Zakładki:
Czytane
Fotografia
Po fachu
|
piątek, 26 października 2007
czwartek, 29 marca 2007
Robi się cieplej, czyli czas wyjazdów?
Robi się coraz cieplej, a Iśka i jej rodzeństwo płci jeszcze nieznanej, rosną. Rosną także moje obawy co do dalszej przyszłości rodziny Szaroniebieskich, obawy jakie ma chyba każdy facet, który chociaż w minimalnym stopniu dba o utrzymanie rodziny.
"O Boże!" - wykrzyczała przerażona, jedyna prababcia Iśki, kiedy dowiedziała się, że będziemy mieli z Żonką drugie dziecko. Niektórzy pytają, czy to wpadka. Jak nie teraz, to kiedy? Jak się dorobimy? Czego? Nie mamy z Żonką po dwadzieścia lat, a chcielibyśmy mieć więcej niż jedno dziecko, to na co mamy czekać? Aż stanieją mieszkania? Aż wygramy w totka? Obserwuję w około siebie pewien paradoks: pary, które są zamożne, gdzie oboje rodzice dobrze zarabiają, mają zazwyczaj po jednym dziecku. Czasem, decydują się na drugie, kiedy pierwszy maluch zaczyna już szkołę. Jakby na przekór, ci mniej zamożni, mają więcej dzieci. Nie myślę tu o przypadkach prawie że patologicznych (nikogo nie obrażając), gdzie co rok to prorok. Sam pamiętam, jak tuż przed porodem Żonka leżała na sali z kobietą z małej wioski (kobieta na oko nieco ponad trzydziestkę), która z uśmiechem na ustach opowiadała, że leży teraz w szpitalu z bliźniakami, a w domu ma już szóstkę. Nie mamy z Żonką aż takich aspiracji, ale chcielibyśmy - gdyby nie ograniczały nas głównie względy lokalowo-finansowe - mieć trójkę, czwórkę dzieci. Gdybyśmy mieli patrzeć na pieniądze i mieszkanie, to faktycznie - nie powinniśmy mieć nawet Iśki, że o Alojzie nie wspomnę. Nasze wspaniałe Państwo i nasz ukochany - jakże inny od poprzednich - rząd, robią wszystko, żebyśmy chcieli mieć więcej dzieci i chcieli mieszkać w naszej kochanej Ojczyźnie. Świetnym tego przykładem jest becikowe i inne pomysły gospodarcze, jak na przykład 'plan Kluski'. Jak sobie jeszcze przypomnę ostatnią inicjatywę, bodajże minister finansów, dotyczącą wyłapywania osób które są 'zatrudnione' w firmach poprzez swoją działalność gospodarczą, to przypomina mi się stary żydowski dowcip: "Icek! Pocałuj ty mnie w brzuch!". "A czemu w brzuch" - pyta Icek. "Bo ty i tak wszystko odwrotnie robisz". I tutaj też: ułatwić przedsiębiorstwom zatrudnianie pracowników, zmniejszyć opłaty, zusy, podatki - nie, nie, nie! Lepiej od tak zwanej "dupy strony", czyli ścigać tych, którzy próbują się czegoś dorobić, którzy nie mają wyjścia i muszą godzić się na takie, a nie inne warunki pracodawcy. Lepiej im przypier..lić, bo oni na szczęście nie mają swojego przedstawicielstwa i nie przyjdą protestować pod sejm, bo zresztą, co by im to dało. Im dłużej przyglądam się pracy ministrów, mądrych profesorów, którzy znają wszystkie teorie ekonomiczne i inne, pokończyli uczelnie za granicą, napisali setki mądrych artykułów i książek, tym coraz bardziej jestem przekonany o tym, że tak na prawdę nie mają bladego pojęcia o tym jakie będą skutki ich super rewelacyjnych działań. No cóż, sam przez kilka lat uczyłem na uczelni 'teorii obwódów' i mimo że teoretykiem byłem niezłym, to nie podjąłbym się zbudować telewizora. Zawsze bawi mnie to, jak po każdej 'mądrej' ekonomicznej decyzji, pojawia się wypowiedź jakiegoś analityka np. z Centrum im. Adama Smitha, który mówi, że będzie tak-tak-i-tak, a wcale nie tak, jak zaplanował, sobie rząd. I ma rację. To co? Mam się pakować i wyjeżdżać na Zachód?
poniedziałek, 12 marca 2007
Nazwa kodowa: ALOJZ
Wbrew krążącym tu i ówdzie plotkom - żyję i mam się dobrze. No, może nie tak dobrze jakbym sobie tego życzył - nie wygrałem w totka i nie odpoczywamy właśnie na jakichś egzotycznych wyspach, nie wygrzewamy się się w słońcu i nie kąpiemy w jakimś lazurowym morzu. Zresztą nie wiem czy w ogóle wlazłbym do takiego morza - a bo to człowiek wie jakie paskudztwo się tam na niego czai? Na takiego na przykład Australijczyka, przypada statystycznie 1,13 rekina i to 1,13 rekina tylko czeka, kiedy tenże jego Australijczyk zapragnie się wykąpać. Dlatego - dla zmyłki - Australijczycy nie kąpią się nigdy w tym samym miejscu, a każdorazowo zmieniają kąpieliska. U nich fajnie - bo w którą stonę byś nie poszedł, to zawsze dojdziesz do morza, choć może to zająć trochę czasu.
Reasumując - nie ma to jak nasz Bałtyk - tu co najwyżej możesz dostać jakiejś wysypki na skórze. Od czasu mojego ostatniego wpisu Microsoft zdążył wydać swój kolejny rewelacyjny system operacyjny o nazwie Vista. W przygotowaniu mają kolejny - tym razem system serwerowy - o kodowej nazwie Longhorn. Vista, jak należało przypuszczać - ma tyleż samo zwolenników co przeciwników. Są i tacy, jak na przykład ja, którzy są 'za a nawet przeciw'. Hakerzy, bądź też crackerzy, już Vistę złamali, dlatego z niecierpliwością czekam na odpowiedź Microsoftu. Najprawdopodobniej będzie to chip z materiałem wybuchowym wszczepiany każdemu użytkownikowi komputera. Cała akcja obywać się będzie jak w Matriksie - w momencie naciśnięcia myszką przycisku 'Start'. Chip zdalnie zdekoduje i sprawdzi legalność wszystkich programów na naszym dysku twardym, a w razie jakichkolwiek wątpliwości zapyta cię, czy chcesz się wysadzić 'natychmiast', czy 'później', przy czym niedostępna początkowo opcja 'anuluj' pojawi się dopiero po zakupie legalnych wersji programów. Microsoft na razie funduje wielkie centra po to, żeby zdobyć przyszłych użytkowników. Za parę lat każdemu nowonarodzonemu dziecku w wysoko rozwiniętych krajach, będzie się wszczepiać chipa, w zamyśle po to aby monitorował on stan zdrowia. Jednakże, oprogramowanie do chipa napisze oczywiście Microsoft, skutkiem czego, będzie ten chip przy okazji robił wiele innych rzeczy, o których nie będziemy wiedzieli i wiedzieć pewnie nie będziemy chcieli. Żeby uprzedzić ruch Microsoftu, postanowiliśmy wydać z Żonką nasz własny Produkt o nazwie kodowej ALOJZ (nasz poprzedni Produkt, również miał nazwę kodową Alojz). Alojz jest na razie - od sześciu, może siedmiu tygodni - w fazie rozwojowej, ale już przewidujemy, że zostanie wydany gdzieś na przełomie października i listopada, o ile - odpukać - nie pojawią się żadne komplikacje. Bezpośrednio w rozwój Alojza zaangażowana jest Żonka, ja zajmuję się głównie wsparciem technicznym i reklamą.
środa, 07 lutego 2007
Już się nie boję
Jestem właśnie na tygodniowym szkoleniu w Warszawie. Mam jakieś takie szczęście, że ilekroć wyjeżdżam, to nasza córka robi kolejny duży krok w swojej życiowej edukacji.
Wczoraj odebrałem telefon od Żonki: - Wiesz co? Nasza Mała chodzi sama! Rączki ma uniesione do góry, a papa śmieje jej się od ucha do ucha! Babcia chodzi za nią i pilnuje, żeby nie wybiła sobie tych swoich kilku pierwszych ząbków. Mówię ci, re-we-la-cja! No to teraz się zacznie.
środa, 31 stycznia 2007
Chciałabym, lecz boję się
Weronika chodzi samodzielnie, choć jeszcze o tym nie wie. Ciągle oczywiście gramy w naszą zabawę pod tytułem "Chodu!!!", która w ogólności polega na tym, że podchodzimy do Babci lub Mamy i chcemy żeby nas wystraszono, po czym ja krzyczę "chodu!!!", albo "uciekamy!!!", robimy w tył zwrot i wiejemy do sąsiedniego pokoju. W tym przypadku Iśka preferuje chwyt na dwie ręce, bowiem przy takim połączeniu ze swoim 'elementem stabilizującym' osiąga zdecydowanie największą prędkość. Aczkolwiek, coraz częściej zdarza się, że niezadowolona z prędkości 'elementu stabilizującego', do szybszego przemieszczania się korzysta ze wszystkich swoich kończyn.
Chodzenie za jedną rączkę służy raczej do rekreacyjnego zwiedzania mieszkania. Zaletą tego typu połączenia z 'elementem stabilizyjącym' jest to, że jedną rączkę ma się wolną, co w związku z tym pozwala na manipulowanie i interakcję z otoczeniem. W połączeniu z dodatkową wiedzą zdobytą w sposób empiryczny, a to na przykład że szuladę można wyciągnąć, segregatory na regałach także, a drzwiczki szafek się otwierają powoduje, że 'element stabilizujący' musi zdwoić czujność. I wreszcie chodznie samodzielne, które do końca nie jest samodzielne a polega na tym, że 'element stabilizyjący' lekko chwyta Weronikę z tyłu za fragment jej odzieży na przykład bluzkę, a nasza mała podróżniczka idzie sama, nieśmiało, powoli, ale sama. Przy najmniejszych nawet obawach że może się wydarzyć coś nieszczęśliwego, Iśka sama schodzi po parteru. Mamy więc w tym wypadku do czynienia raczej z połączeniem mentalnym, tudzież wirtualnym bardziej niż fizycznym. Z niejakimi obawami czekam na samodzielne przechadzki Weroniki. Klatki na zające już przygotowałem.
środa, 24 stycznia 2007
sobota, 13 stycznia 2007
Inna kategoria
Kolejna ciężka noc - ja chory - śpię w drugim pokoju, a Iśka nie wiadomo czemu popiskuje i pokrzykuje. Kończy się na panadolu i dwóch godzinach nocnej walki.
Rankiem przy śniadanku, jesteśmy już w nieco lepszych nastrojach. - A kto dzisiaj w nocy nie dał spać rodzicom? - rzucam pytanie. Żonka pokazuje palcem delikwentkę, a ja odpowiadam sobie: - We-ro-ni-ka. Mała patrzy na nas udając, że nie wie o co chodzi. - A kto jest największym łobuziakiem? - pytam dalej. Żonka znowu wskazuje palcem, a ja znowu mówię: - We-ro-ni-ka. Iśka zaczyna się podśmiechiwać. - A kto ma najpiękniejszy usmiech na świecie? - kontynuuję. Tym razem Żonka nie wystawia palca, a - zauważam poniewczasie - uśmiecha się do mnie i zaczyna trzepotać rzęsami. - We-ro-ni-ka. - mówię Spogladam na Żonkę - ma dziwną minę, więc szybko prostuję sytuację: - Kochanie, miałem na myśli kategorię "Dzieci".
piątek, 12 stycznia 2007
Zbieracz ślimaków
Iśka potrafi się przytulać - tak po iśkowemu. Kiedy trzymam ją na rękach, obejmuje moją szyję rączkami, a główkę opiera o ramię. Druga wersja - kiedy stoi na nóżkach a ja przy niej przykucam, wtedy opierając głowę o mój tors (he, he), obejmuje mnie.
Teraz przy okazji wyrzynających się ząbków i choroby, znalazła dodatkowo inne plusy przytulania. Plusy owe polegają na szybki obraniu główki i ocieraniu twarzy o mnie tak, że masuje sobie oba policzki, a przy okazji ma wytarty nos. Tylko ja wyglądam jakbym dopiero co wrócił ze zbierania ślimaków, a przez mojego tiszerta przeszło całe stado rozjuszonych winniczków. Zasłużony odpoczynek
- Kiedy my odpoczniemy? - pytam Żonkę, skaładając zmęczoną głowę na jej ramieniu.
- Nie wiesz? Mam ci powiedzieć? - Dobra, nie mów. Wiem.
czwartek, 11 stycznia 2007
Lepiej gorzej
Parę dni temu, kiedy choroba Iśki była w swoim najbardziej zaawansowanym stadium, leżąc w łóżku i wsłuchując się w nierówny oddech Małej, pomyślałem sobie: "Boże, jeśli to możliwe, to ja wezmę od Weroniki to paskudztwo. Żeby tylko wyzdrowiała". No i zostałem wysłuchany. Mała ma się lepiej - wreszcie przypomina 'dawną' Iśkę, a ja rozpaczliwie walczę z katarem, kaszlem i bólem głowy.
Wczoraj wspomniałem o całej tej historii Żonce. - To bez sensu! - skwitowała - Nie mogłeś po prostu prosić żeby Mała wyzdrowiała? W sumie... racja.
wtorek, 09 stycznia 2007
Szewc w butach
Szewc, pracujący całymi dniami przy naprawie cudzego obuwia, spojrzał w końcu na swoje nieobute nogi - najpierw na lewą, a później nieco dłużej na prawą gdyż ta wzudziła jego większe zainteresowanie, a to ze względu na duży, brudny paluch wyglądający ciekawie na świat przez dziurę w skarpecie.
- Eeeh - powiedział, co w tłumaczeniu z szewcowego znaczy: "czas nabyć by obuwie jakoweś, gdyż mię, jako szewcowi bez obuwia chodzić nie przystoi". - Eeeach - dodał jeszcze, co nie oznaczało nic więcej, jak tylko dezaprobatę dla nadkwasoty, której przyczyną stały się cztery mielone zjedzone rano. "A i żona utyskiwać przestanie" - pomyślał - "że niby to moje niebute nogi blokują jej dostęp do świata, bo jak się gdziekolwiek ze mną pokazać". Szewc westchnął raz jeszcze, sięgnął do kieszonki fartucha i wyciągnął stamtąd garść miedziaków. - Ehhh - powiedział, co znaczy: "a miałem byłem sobie flaszki trzy i antałek wina kupić". Wstał, zdjął fartuch i wyszedłwszyz warsztatu udał się do salonu największego dystrybutora butów - Pomarańczowego Tepesa i nabył za jednego miedziaka buty na dwa lata. Wiedział że Tepes posiada własne prawa, których łamać nie wolno nikomu, bo zemsta jego jest okrutna. Dlatego zgodził się płacić co miesiąc trzydzieści trzy miedziaki w roku pierwszym, i dwakroć tę kwotę w roku następnym. I mimo że wiedział, że buty nie są idealne, bo nie daje się w nich chodzić szybciej, ani przejść więcej niż ustalił Tepes, to był zadowolony ze swoich nowych butów. Przynajmniej na razie. --------------------------------- Od wczoraj mamy neostradę. Nieuleczalny
Weronika za parę dni skończy piętnaście miesięcy - czasami aż trudno w to uwierzyć - tak to szybko minęło. Z drugiej strony to już tyle czasu jest z nami, że właściwie nie pamiętam jak było wcześniej. Prawie nie pamiętam.
Zawsze lubiłem dzieci, zabawy z nimi i wyobrażałem sobie jak to będzie, kiedy będę ojcem: w co się będziemy bawić, jakie wycieczki będziemy robić i jakie to będzie ekscytujące wprowadzać takiego małego człowieczka w ogromny świat. O ile sobie dobrze przypominam, to nie spotkałem się z negatywnymi stronami posiadania dzieci. Nikt nie powiedział: "słuchaj, nie decyduj się, nie będziesz sypiał po nocach". Być może to jakaś zmowa milczenia rodziców. Nie sądzę też, że byłbym się tym przejął, gdyby nawet ktoś mi o tym wspomniał. Człowiek, który chce mieć potomstwo, widzi jego posiadanie wyłącznie w różowych kolorach. W chwili pojawienia się dzidziusia, świeżo upieczony ojciec otrzymuje - razem z tym ogromnym darem - kilka dodatkowych prezentów. Bardzo duża paczka, zawinięta w kolorowy papier to Miłość. Niestety, jest też inna duża paczka owinięta zwykłą gazetą i przewiązana sznurkiem - to Strach. Co ciekawe, im większa pierwsza, tym większa druga. Mnie obie przywieźli na wagonach. W pierwszych dniach po urodzeniu Iśki przez mą głowę przewinęły się najgorsze scenariusze przyszłych wydarzeń tak okropne i tragiczne, że autorzy horrorów i trillerów nie byliby godni wiązać mi sznurówek u butów. Od tego czasu, boję się właściwie cały czas - mój strach nie bierze żadnych wakacji, podejrzewam nawet, że nie sypia. Zanim urodziła się Weronika słyszałem przecież od Kasi i Michała o ich problemach z dziewczynkami ba, nawet woziłem chłopców Izy i Damiana do przychodni czy szpitala. I jest człowiekowi przykro widząc takiego schorowanego maluszka, ale nijak się ma to do tego co odczuwa, gdy chore jest jego własne, osobiste dziecko. Przypominam sobie prawie traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, kiedy to nocowaliśmy u Dziadków i przypadło mi spanie na jednym łóżku z moim Ojcem. Chrapał wtedy tak głośno, że przez całą noc nie mogłem zasnąć i do dzisiaj to pamiętam. I chociaż zasadniczo jeśli jestem zmęczony dźwięki otoczenia mi nie przeszkadzają, to od trzech dni mam problemy ze spaniem. Wszystko za sprawą Iśki, która złapała jakieś przeziębienie, ma kaszel, gorączkę i totalnie zawalony nos, skutkiem czego bez przerwy się budzi i popłakuje. A mnie się serce kraje i nie mogę spać, kiedy słyszę jakie Malutka ma problemy z oddychaniem. Iśka wyzdrowieje, a na moją przypadłość - obawiam się - nie ma lekarstwa.
środa, 03 stycznia 2007
MINIONY ROK
MINIONY ROK BYŁ PIERWSZYM ROKIEM:
- który w całości 'spędziła' z nami Weronika - w którym musieliśmy skorzystać z linii debetowej na naszym koncie MINIONY ROK BYŁ KOLEJNYM ROKIEM: - w którym jeździliśmy tym samym, coraz częściej psującym się samochodem - w którym nie mieszkaliśmy w swoim lecz wynajmowanym mieszkaniu MINIONY ROK BYŁ OSTATNIM ROKIEM: - kiedy nie mamy dostępu do Internetu To tak w skrócie.
środa, 27 grudnia 2006
Święta, święta
Święta, święta i po świętach. I oczywiście jak zazwyczaj, w ostatni dzień świąt postanawiłem, że zacznę się odchudzać. Ha, ha , ha... Choinka, wbrew naszym oczekiwaniom, nie zrobiła na Szkrabie większego wrażenia i poza jedną czy dwoma próbami ściągnięcia jednej z ozdób, obyło się bez incydentów.Na święta przyjechali do nas Teściowie - nie widzieli małej od 'roczku', czyli ponad dwa miesiące - no to się trochę stęsknili. Właśnie w tej chwili siedzą w pociągu i mają przed sobą jeszcze parę godzin powrotnej podróży. W pierwszy dzień świąt przyjechali jeszcze moi Rodzice z Siostrą, więc mieliśmy w mieszkanku tłoczno, ale bardzo sympatycznie. Przy okazji takich uroczystości zauważam jak bardzo jest nam pomocna nasza Genowefa Bosch - specjalistka od zmywania naczyń. Nie wiem co byśmy bez niej zrobili. Isia dostała furę prezentów, między innymi ciuszki, w tym czadowy dresik-ubranko z bezrękawnikiem, pieska, który mówi i śpiewa piosenki oraz wózeczek dla lalek przy którym może uczyć się samodzielnego chodzenia (na razie woli w nim jeździć).
piątek, 22 grudnia 2006
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||